Nowa strona bloga keeptrip.pl

Witajcie

Przenosimy nasz blog na nową stronę:

http://www.keeptrip.pl

wkrótce kolejny wpis o Malezji !

Zapraszamy

 

Opublikowano Podróż | 3 komentarze

Cameron Highlands – HiT czyli herbata i truskawki

Po ponad dwóch miesiącach upałów przenosimy się do krainy, gdzie temperatura jest kilkanaście stopni niższa. Wszystko to dlatego, że jesteśmy trochę wyżej, a dokładnie na wysokości 1500 m.n.p.m., w miejscu o nazwie Cameron Highlands.

Pierwszy człon nazwy pochodzi od nazwiska Wiliama Camerona, który odkrył te tereny w 1885 roku. Żyzne gleby, stosunkowo niska temperatura i wysoka wilgotność warunkują to miejsce jako stworzone do upraw herbaty i uwaga … truskawek :). Jednocześnie jest najwyższym w Malezji kurortem wypoczynkowym z trzema miastami: Ringlet, Brinchang i Tanah Rata.

Z czego jeszcze jest znany Cameron Highlands ? Ci, którzy byli w Bangkoku powinni kojarzyć Jima Thompsona albo co najmniej jego dom. Ten amerykański biznesmen przyczynił się do wzrostu popularności tajskiego jedwabiu, zakładając firmę produkującą tej wysokiej jakości materiał. W 1967 roku spędzał w Cameron Highlands Wielkanoc. Zameldował się w Moonlight Cottage i po niedzielnym śniadaniu udał się na spacer. Właśnie wtedy widziano go po raz ostatni żywego. Jest wiele teorii na temat jego zniknięcia – od pożarcia przez tygrysy po porwanie dla okupu. Niestety do dnia dzisiejszego nie udało się rozwiązać tej zagadki i jest jedną z największych tajemnic Południowo – Wschodniej Azji.

Jako bazę wypadową wybieramy Tanah Rata, gdzie dojeżdżamy wieczorem, w potworny deszcz i tylko dzięki uprzejmości jednego Malezyjczyka, który się nad nami lituje i za darmo podwozi pod nasz hostel, udaje nam się nie zmoknąć. W Kaang Travellers Lodge meldujemy się w dormach ( pokoje wieloosobowe, często z piętrowymi łóżkami, gdzie spędzasz noc w gronie nieznajomych Ci osób, ale jest to najtańsza opcja noclegowa).

Wstajemy wcześnie rano, po cichutko, ponieważ współtowarzysze śpią w najlepsze i idziemy na śniadanie. Zaraz przy głównej ulicy jest kilka ulicznych restauracji. Najlepsza opcja to smażone placki roti z jajkiem i kawa. Trochę nam się spieszy więc bierzemy na wynos – placki dostajemy zawinięte w gazetę, sos w woreczkach, a kawę podają w plastikowych torebkach ze słomką :)

Zaczynamy eksploracje okolic. Wyznaczonych jest tu 14 tras trekkingowych, o różnej długości i różnym stopniu trudności.

Na pierwszy ogień bierzemy szlak nr 1. Z Tanah Rata jedziemy lokalnym autobusem do Brinchang, gdzie kierowca specjalnie dla nas zatrzymuje się w miejscu gdzie zaczyna się szlak (obecnie podobno lokalne autobusy już tam nie kursują :(, na szczęście jest bardzo dobrze funkcjonujący autostop).

Trasa wiedzie przez prawdziwą dżunglą. Wreszcie przydają się nasze buty trekkingowe. Jest mokro, grząsko i gorąco.

Po całkiem wyczerpującym trekkingu zdobywamy Gurung Brinchang (2.032 m.n.p.m.).

Na szczycie góry znajduje się wieża obserwacyjna, z ładnym widokiem na okolicę.

Następnie docieramy do Mossy Forest, czyli Mchowego Lasu. Drzewa pokryte są mchem więc klimat „creepy”, jak z Alicji w krainie czarów :).

Kolejnym punktem podróży jest główna atrakcja Cameron Highligts – Sungai Palas Boh Tea Estate, czyli plantacja herbaty o łącznej powierzchni około 3200 ha. Firma BOH założona została w 1929 roku przez na J.A. Russell’a, brytyjskiego biznesmena który związał całą swoją karierę z Malezją (zapoczątkowywał on także biznes kauczukowy i zaangażował się w branżę budowlaną i przyczynił się do powstania dworca kolejowego w Kuala Lumpur).

Skłamalibyśmy pisząc, że dotarliśmy tam z Mossy Forest pieszo… choć taki był plan :). Szukamy najkrótszej drogi w aplikacji maps.me a tu niespodziewanie koło nas zatrzymuje się samochód z parą Austriaków, których spotkaliśmy w Mossy Forest i proponują nam podwózkę … musimy tylko zdjąć nasze ubłocone buty i wrzucić je do bagażnika :). Drogę umilają nam wspaniałe widoki na pola herbaciane.

Na terenie plantacji znajduje się, umiejscowiona na wzgórzu, herbaciarnia z widokiem na okolice. Zamawiamy po herbatce i spędzamy tam mile popołudnie.

Pola herbaty wyglądają jak wielkie zielone dywany typu shaggy :).

Na obrzeżach plantacji znajduje się osiedle domków pracowniczych i hinduska świątynia.

W drodze powrotnej do hostelu standardowo zaczyna padać deszcz więc jesteśmy zmuszeni „naszym nogom szybkie tempo nadać”. Szczęśliwie łapiemy stopa – tu jest to normalne i większość ludzi podróżuje w ten sposób. Zapomnijcie o taksówkach – strata pieniędzy.

Generalnie codziennie po godzinie 17 pada tu rzęsisty deszcz … żeby herbatka była dobra.

Wieczorem siedząc w przyhotelowej restauracji, spotykamy Janka z Polski – prawdziwego Ślązaka, w którego towarzystwie spędzamy miły wieczór. Dowiadujemy się od niego, że parę dni temu, gdzieś w dżungli zakwitła Raflezja (polska nazwa to bukietnica) – największy kwiat na świecie, który może mieć 80 – 100 cm średnicy i ważyć nawet do 10 kilogramów. To cudo natury kwitnie tylko ok 5 dni, raz na kilka lat. Niestety samodzielne odszukanie kwiatu jest prawie niemożliwe wiec decydujemy się na pomoc agencji turystycznej (czego robić nie lubimy :)). O 6 rano jesteśmy już w biurze …żeby się dowiedzieć, że niestety nic z tego :(. Całonocny deszcz zniszczył kwiat, który miał już 6 dni … co za pech, spóźniliśmy się o 1 dzień :(.

Na pocieszenie chcemy zobaczyć wodospad Parit Fall. Idziemy więc szlakiem numer 4, który zaczyna się obok Century Pines Resort. Szlak łatwy a wodospad okazuje się malutki i w naszym rankingu wodospadów plasuje się na dalekiej pozycji :).

Dalej idziemy wzdłuż pola golfowego, gdzie kończymy nasze roti, obserwując jak dwóch sympatycznych grubasków próbuje trafić piłeczką golfową do dziurki.

Docieramy do Brinchang, drugiego co do wielkości i najwyżej położonego miasta w Cameron Highlands (1.450 m.n.p.m.).

Główną atrakcją miasta jest świątynia Sam Poh – czwarta co do wielkości buddyjska świątynia w Malezji, wybudowana w 1972 roku. Świątynia jest poświęcona chińskiemu admirałowi Zheng He.

Nieopodal świątyni zaczyna się szlak nr 2, którym docieramy do szlaku nr 3 i dalej szlakiem nr 4, wzdłuż strumyka wracamy do Tanah Rata, aby spróbować słynnych malezyjskich truskawek :). To owocowe szaleństwo – pomniki truskawek, truskawki na bramach. Swoją drogą truskawki to jedno z fajniejszych wynalazków człowieka – powstały w XVIII wieku, z krzyżówki dwóch gatunków poziomek. Jednak sorry Malezja, ale to Polska znajduje się na liście 10 największych producentów tych owoców na świecie :).

Po truskawkowym szaleństwie żegnamy się z Cameron Highlands i o godzinie 14.30 mamy autobus do George Town.

Informacje szczegółowe, dla tych którzy planują się tu wybrać :

  • autobus Unititi Express z Kuala Lumpur (Pudu Central) do Tanah Rata 35 RM
  • nocleg w dormitorium w Kang Travellers Lodge cena za łózko 12 RM, adres e-mail: travel@kangholiday.com
  • autobus z CH do Penang (GeorgeTown) – cena biletu to 30 – 35 RM (w zależności od wybranego przewoźnika)
Opublikowano Malezja, Podróż | Otagowano , , , , , , , , , , | 2 komentarze

Batu Caves – świątynie w jaskiniach

Będąc w KL koniecznie trzeba zobaczyć Batu Caves – oddalony 13 km od miasta, zespół jaskiń w wapiennych skałach, odkryty pod koniec XIX wieku, który został zaadoptowany jako hinduistyczne świątynie. Głowna grota ma 400 metrów długości i 100 metrów wysokości. Przed wejściem stoi ogromny, złoty, 43 – metrowy posąg indyjskiego boga wojny Murugana.

Do głównej Jaskini Katedralnej prowadzą 272 stopnie (pod górę :)), a drogę „umilają” skaczące makaki. Małe małpki są śmieszne i urocze, za to dorosłe trochę wredne i ze skłonnością do kleptomanii …potrafią wyrwać torebkę, szczególnie kiedy poczują jedzenie.

Drogę wieńczy kolumnada ozdobiona licznymi rzeźbami oraz piękny widok z góry – panorama Kuala Lumpur.

Wchodzących do jaskini wita postać Murugana z pawiem.

Wewnątrz jaskini znajdują się kaplice z wyrzeźbionymi postaciami z hinduskiej mitologii oraz kilka „sklepików” z kolorowymi figurkami i mieniącymi się obrazkami.

Na końcu jaskini są kolejne schody – 42 stopnie, którymi przechodzi się do jaskini światła, gdzie przez otwór w sklepieniu wpadają do środka promienie słońca, czyniąc to miejsce jeszcze bardziej tajemniczym i niezwykłym.

Po lewej stronie mamy najważniejszą świątynie – Valli Devanai Temple, gdzie wierni podchodzą i dostają błogosławieństwo.

Tutaj również grasują małpy…

Schodząc w dół, tak mniej więcej na wysokości 200-go stopnia, po prawej stronie jest kolejna jaskinia – Dark Cave. Nie polecamy jej ludziom cierpiącym na arachnofobię. Za 38 RM można wejść i obejrzeć z przewodnikiem bardzo rzadki gatunek pająka Liphistius Batuensis z rodziny Liphistiidae (Trapdoor), który robi tzw. tunele z niewidoczną klapką. Gdy ofiara zbliży się do pułapki, pająk wyskakuje i wciąga ją pod ziemię. Oprócz stawonogów są tu też nietoperze.

Obok wejścia do głównej jaskini jest ciekawa 2 – piętrowa świątynia. Przed wejściem pamiętajcie o zdjęciu butów.

W środku udaje się nam załapać na darmowy lunch z okazji przekłucia uszu pewnej małej dziewczynki. Mała ma przefarbowane na blond włosy, a rodzina zgodnie z tradycją musi nakarmić wszystkich przybyłych gości.

Nieopodal znajduje się Cave Villa, z rzeźbami i obrazami z życia Lorda Marugana. Wszystko wkomponowane w park ze stawami z rybami i łabędziami, które można karmić. Cena 15 RM skutecznie nas odstrasza …

Kolejna z świątyń to Ramayana Cave, w środku której znajdujemy rzeźby ze scenami z życia Ramy ( jednego z wcieleń boga Wisznu).

Ostatnia ze świątyń, z charakterystycznym 15 metrowym posągiem, poświęcona jest Hanumanowi – bohaterowi Ramajany.

Będąc w Kuala Lumpur nie można ominąć tego punktu programu. Łatwy szybki dojazd, wejście za free i imponujących rozmiarów statua Marugana i sama jaskinia. Must see !

Informacje szczegółowe, dla tych którzy planują się tu wybrać :

  • na KL Sentral wsiadamy w czerwoną linię KTM Komuteri, po 8 przystankach jesteśmy na miejscu. – bilet 2 RM
  • wejście do Jaskini Katedralnej – za darmo
  • wejście do Dark Cave – bilet 38 RM; czynne pon.-pt. w godz. 10-17 i w weekendy 10.30-17.30
  • wejście do Villa Cave – bilet 15 RM
  • wejście do Ramayana Cave – bilet 5 RM
Opublikowano Malezja, Podróż | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Kuala Lumpur, czyli malezyjska stolica multi – kulti

Malezja – przed przyjazdem myśleliśmy, że to nudny i mało ciekawy kraj i właściwie chcieliśmy tylko jak w „Osaczonych” Catherine Zeta- Jones i Sean Connery zobaczyć Kuala Lumpur :).

W Malezji, w każdym mieście, znajdziemy China Town i Little India – dzielnice, które są jakby żywcem przeniesione z Chin i Indii. W każdej z nich znajdziecie architekturę, ludzi, restauracje i zachowania charakterystyczne dla danego kraju.

Zazwyczaj w chińskiej dzielnicy są najtańsze noclegi więc z lotniska w KL jedziemy autobusem do China Town, czyli starego Kuala Lumpur z 1857 r. Nasz hotelik ma bardzo dobrą lokalizację, gdyż znajduje się w jej centrum blisko metra.

Najbardziej znaną ulicą tej dzielnicy jest Petaling Street, z mnóstwem sklepików i stoisk z jedzeniem, gdzie do późnych godzin nocnych można spróbować różnych lokalnych przysmaków.

Niedaleko KL Sentral mieści się Little India tzw. Brickfields, gdzie za niedużą kasę można się najeść do syta. Początki tego miejsca sięgają lat 50 ubiegłego stulecia – produkowano tu cegły, stąd obecna nazwa. Symbolem Małych Indii jest fontanna ze słoniami.

Miasto jest mieszanką różnych stylów architektonicznych. Od tradycyjnych domów budowanych z cegły i dachówki, przez domy inspirowane holenderskim stylem, neoklasycznych z greckimi kolumnami dekorowanymi fasadami i ozdobnymi ramami okien, do budynków w stylu Art Deco z geometrycznymi wzorami.

Malezja jest krajem muzułmańskim (ponad 18 milionów wyznawców islamu) ale oprócz meczetów są tam również świątynie hinduskie, buddyjskie i kościoły.

Taoistyczna świątynia Guan Di Temple – Boga Wojny z 1888 roku, jedna z najstarszych o tradycyjnej architekturze. W środku znajduje się ołtarz z siedzącym posągiem generała Kwan, znakomitego chińskiego wojownika.

Kolejna świątynia, Sri Maha Mariamman, z 1873 roku, została oddana do użytku publicznego w 1920 roku. Jest jedną z najbardziej wyszukanych świątyń hinduistycznych z intrygującymi wzorami i bogato zdobionymi złotem i drogimi kamieniami rzeźbami. Jej najwyższa cześć to 23 – metrowa, składająca się z pięciu kondygnacji, wieża w kształcie piramidy ze scenami przedstawiającymi hinduskie bóstwa.

Jedną z najważniejszych świątyń w Malezji jest hinduistyczna świątynia Sri Ganesar Court Hill Temple, poświęcona Lordowi Ganesha. Swoją nazwę zawdzięcza stojącemu kiedyś w sąsiedztwie sądowi. Dziękczynnie dwa razy dziennie przed świątynią rozbijane są kokosy, a w środku rośnie święte drzewo Bael, którego owoce bogate są w błonnik, przez co stosowane są przy zaparciach, wrzodach, cukrzycy oraz nadają połysk włosom.

KL jest miastem przyjaznym turystom i zwiedzanie idzie sprawnie i bezproblemowo. Główne atrakcje znajdują się blisko siebie. Naszym głównym środkiem lokomocji, oprócz metra, jest bezpłatny autobus … jednak najczęściej i najchętniej korzystamy z własnych, darmowych stóp :)

Zwiedzanie zaczynamy od Placu Merdeka. Miejsce szczególnie ważne, gdyż tutaj 31.08 1957 roku ogłoszona została niepodległość Malezji. Tutaj również stoi najwyższy maszt flagowy na świecie (100 metrów wysokości).

Mamy szczęście, że w dniu naszego przyjazdu (23-24 maj) odbywa się coroczny Hari Unesco Marathon Malesia. Później czas na koncerty – jest głośno i wesoło, wszyscy obrzucają się kolorowym proszkiem (tak samo jak podczas indyjskiego święta Holi). Nieważny wiek, religia płeć czy status społeczny – każdy wygląda jak z obrazu Picassa :)

Niedaleko Placu Merdeka jest Masjid Jamek – wybudowany w 1907 roku jest jednym z najstarszych meczetów w Kuala Lumpur. Architektem był Arthur B. Hubback.

Jeśli chcecie sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie z KL koniecznie udajcie się do Kula Lumpur City Gallery z olbrzymim I LOVE KL (photo-stop). Dodatkowo w środku można dostać mapkę miasta a za 5RM zobaczyć jego miniaturkę.

Następny punkt programu to Narodowe Muzeum Textile, znajdujące się w budynku Moghul – Islamic z 1905 roku. Podziwiamy tu kolekcje ręcznie szytych ubrań różnych grup etnicznych: Malajów, Chińczyków, Hindusów z Sabah i Sarawak.

Nieopodal znajduje się plac Medan Pasar, zwany wcześniej Market Square, który na początku XX wieku był zagłębiem banków i sklepików. Na środku stoi przedwojenna wieża zegarowa, wybudowana w 1937 roku, z okazji koronacji króla Grzegorza IV. Widać inspiracje stylem kubizmu i futuryzmu.

Robimy sobie przerwę na mrożoną kawę (prawdziwa kawa z lodem :)). Idealnym miejscem do tego jest Cafe Old Market Square, (wcześniej Sin Seng Nam) wybudowana w 1928 roku. To stara chińska kawiarnia: dwa piętra, dużo ludzi, mnóstwo stolików, klasyczny wystrój.

Mijając modernistyczny meczet Masjid Negara

zmieniamy mury i hałas miasta na trawę, drzewa i śpiew ptaków – to 90-cio hektarowy park Lake Gardens.

Akurat odbywa się tu sesja zdjęciowa :).

Większość atrakcji w KL można zobaczyć za darmo. Jeśli jednak musimy zapłacić za bilet wstępu to musicie wiedzieć, że będzie to droga impreza :). Jeśli macie czas, trochę odłożonej gotówki i jesteście fanami „Bird Watching” to warto zajrzeć do KL Bird Park – jest to największa na świecie tego typu ptaszarnia. Można tu, z naprawdę bliska, zobaczyć setki gatunków ptaków.

Co ważne to fakt, że gro lata sobie luzem nad głowami zwiedzających lub chodzi po chodniczkach a całość nie przypomina zwykłego zoo tylko bardziej piękny park.

Na nas największe wrażenie robią Hornbille (pora karmienia 11.30) i sowy …szczególna jedna, którą odwiedzamy w porze karmienia :)

Wiedzieliście że na świecie jest około 313 odmian gołębi? Nasi faworyci to Nicobar – niebieski z zielonymi skrzydłami oraz Western Victorian Crowned – niebieski z pióropuszem, który mierzy 75 cm.

Z atrakcji wysokościowo – widokowych w KL mamy do wyboru dwie opcje:

  • 421 metrowa KL Tower, wybudowana w 1996 roku, obecnie jest na 7 miejscu najwyższych wież telekomunikacyjnych na świecie
  • 452 metrowe Petronas Twin Towers, z 1998 roku zaprojektowane przez Cesara Pelli, które są najwyższymi bliźniaczymi wieżami na świecie. 88 piętrowe konstrukcje, zbudowane są głównie z żelbetu, szkła i stali. Mają wyraźne motywy z islamskiej architektury.

My decydujemy się na wyższą atrakcję. Za poradą Internetu po bilety wstępu wybieramy się wcześnie rano … podobno jest strasznie dużo chętnych, paru godzinna kolejka i można nie dostać biletów na dany dzień. Tymczasem na miejscu jest jeden Niemiec i Turek, który chciał kupić bilety dla całej rodziny, ale kiedy podliczył budżet to rezygnuje :). Kolejki po bilety … może kiedyś, gdy w użyciu były darmowe wejściówki dla pierwszych 200 osób. Czekając na otwarcie okienek biletowych, czyli do 9 rano, ucinamy sobie dyskusję z Niemcem, który był bardzo zdziwiony zmianą polityczną w naszej ojczyźnie. Kupujemy bilety na godzinę 19 (po zachodzie słońca efekt powinien być ciekawszy kiedy z 86 piętra oglądasz panoramę KL z milionami świateł).

 

Przejście pomostem tzw. sky bridge łączącym dwie wieże na 41 i 42 piętrze (najwyższy most 2-piętrowy na świecie) , to jak przejście mostem Św. Karola w Pradze – będąc w tym mieście trzeba :).

Na ponad 100 akrach terenu, otaczającego Twin Towers, oprócz muzycznych fontann (show codziennie wieczorem), znajduje się tropikalny ogród z ponad 1900 gatunkami roślin a w wejściu czeka coś na fanów F1. Jest także basen, w którym można się schłodzić … za free :).

Naszym zdaniem jedzenie w KL także należy zaliczyć do atrakcji tego miasta. Przeplatają się tu kuchnie całego świata. Tu Chińczyk je łyżką, Hindus pałeczkami a Malajczyk rękoma – czyli wszystko na opak :). Wieczorem wszystkie ulice zamieniają się w kuchnie.

Nie skłamiemy jak napiszemy, że przez dwa miesiące na Filipinach nie jedliśmy tylu nowych rzeczy jak tutaj przez trzy dni. Wreszcie egzotyczne owoce! Salaki, mangostany, liczi, rambutany, dragon fruit, pomarańcze.

Kuala Lumpur to ponad półtora milionowe miasto, które jest na pewno wyjątkowe i razem z Bangkokiem najważniejsze w Azji południowo – wschodniej. Atmosfera i klimat tego miejsca bardzo nam przypadły do gustu.

Tymczasem, po intensywnym zwiedzaniu, udajemy się do Cameron Highlands, gdzie rześkie powietrze, zielona okolica i świeża herbata dadzą wytchnienie naszym styranym głowom.

Informacje szczegółowe, dla tych którzy planują się tu wybrać :

  • autobus z lotniska do China Town (Puduraya bus station) – 12RM
  • noc w Backpackers Travellers Inn – 40 RM/pokój 2 os.
  • Narodowe Muzeum Textile – wejście za darmo
  • KL Bird Park – 50RM wejście za 1 os.
  • Lake Gardens – dojazd: autobus B101 lub B112 (wysiadamy na przystanku Dayabumi Complex) lub metro KTM Kommuter (wysiadamy na przystanku Old Kuala Lumpur Railway Station i idziemy spacerem w kierunku National Mosque.
  • pociąg KLIA Ekspres do KL Sentral, 28 min – 35RM
  • Petronas Tower otwarte od wtorku do niedzieli w godz. 9-21. Cena za bilet wstępu – 85 RM. Jak się tam dostać – Z KL Sental linią LRT Kelana Jaya 5 przystanków, wysiadamy na KLCC ( nie sposób nie znaleźć)
  • KL Tower otwarta codziennie w godz. 9-22. Cena za bilet wstępu – 52RM. Jak się tam dostać – Z Pasar Seni odjeżdża bezpłatny autobus GO-KL( purpurowy) wysiadamy na przystanku KL Tower (5 przystanek) idziemy na Jalan Puncak skąd co 10 min. pod samą wieżę wjeżdża shuttle bus (za darmo)

 

 

 

Opublikowano Malezja, Podróż | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 2 komentarze

PODSUMOWANIE FILIPINY – It’s more fun in the Philippines

Nasz pobyt na filipińskich wyspach dobiegł końca. Poniżej mapka z naszą trasą – moja droga…. miejscami asfaltowa ;)

Niestety nasze zdolności lingwistyczne okazują się dość mizerne – przez 2 miesiące nauczyliśmy się tylko kilku podstawowych słów i zwrotów. Może powodem tego jest fakt, że nawet w zabitej bambusowymi palami wiosce ludzie znają podstawowe słówka po angielsku.

dzień dobry – Magándang umaga

dziękuje – Salamat

do widzenia – Paalam

na zdrowie – Mabuhay

Całą trasę zrobiliśmy drogą lądowo – morską a każdy odcinek to niezła przygoda :). Choćby pierwszy nasz wypad za miasto, z Manili do Banaue. Trasę ok. 60 km robimy przez całą noc. W autobusach jest zawsze zimno – jak nie klima to nawiewy. Nie chcielibyście czasami w upalne lato żeby spadł śnieg? Filipińczycy tak mają – kochają chłód, bo nigdy go nie ma. Skutkuje to tym, że po 5 minutach jazdy wszyscy opatulają się w koce i zaczynają pociągać nosami :). Trudy i znoje podróży „umila” nam biletmistrz, który wskazuje miejsca, sprzedaje bilety, pilnuje kto gdzie wsiada i wysiada. Według niego jazda z niezagospodarowanym kawałkiem przestrzeni nie wchodzi w grę. Nie może być pustych przelotów, dlatego autobusy są napchane do granic możliwości. Dlatego gdy nie ma wolnych miejsc szefu wyciąga plastikowe krzesełka i stawia je jedno za drugim jak na poniższym obrazku.

stan normalny – zbyt wiele wolnych

Stan po małym lifcie – po wniesieniu plastików

Kiedy o 4 rano nasz autobus dosłownie pada jak koniki w Zakopane, bileter z kierowcą zamieniają się w mechaników. Wątpimy, że to naprawią, ale jednak przy pomocy młotka i śrubokręta po godzinnej walce wszystko im się udaje i ruszamy w dalszą drogę :).

Oczywiście będąc na Filipinach obowiązkowa jest jazda jeepneyem – są tanie głośne i są wszędzie :). Kiedy wsiadasz, podajesz pieniądze osobie obok i tak z ręki do ręki trafiają one do kierowcy, który patrząc w lusterko sprawdza stan osobowy i oddaje resztę w ten sam sposób.

Filipińczycy to naprawdę mega pozytywny naród – cały czas chodzą uśmiechnięci, banan na twarzy 24h :).

Musicie wiedzieć, że kraj ten do najbogatszych nie należy wiec nie stan materialny jest wyznacznikiem szczęścia. Jeśli czegoś jako Polacy możemy nauczyć się od Filipińczyków to na pewno tego, jak z uśmiechem iść przez życie.

Kwintesencją filipińskiej radości są dzieci, wiec jeśli prawdą jest że dzieci są przyszłością narodu to czeka ich piękna, radosna future :).

Już wiemy skąd pochodzi przysłowie, że „szczęśliwi czasu nie liczą” – na pewno z Filipin :). Powoli … nikt tu się nie spieszy, nikt nie umawia się na konkretna godzinę. Czas jest rzeczą względna i zegarki służą bardziej jako biżuteria. Bardzo dobrze zobrazował to Dali, tworząc obraz Persistence of Memory, który powinien nazywać się „Filipino Time” :).

Teraz powinniśmy coś zaśpiewać … dlatego, że Filipiny to jedno wielkie karaoke :).

Wszyscy wszędzie śpiewają. W najmniejszej wiosce, w najbardziej rozpadającym się domku, bez szyb w oknach, muszą być olbrzymie głośniki i subbuffer – nie ważne, że jest środek nocy, ranek czy pora obiadowa, ważne żeby bas był podkręcony do oporu :). Poza swoimi szlagierami bardzo lubią amerykańską muzykę pop, rock oraz wszystkie rzewne kawałki o miłości. Gwoli ścisłości, oni naprawdę mają talent do śpiewania i siedząc w autobusie, barze czy idąc ulica zawsze miło posłuchać jak sobie podśpiewują.

Z muzycznych aspektów nie można zapomnieć o pianiu kogutów :). Na Filipinach dźwięk ten towarzyszy nam dosłownie wszędzie – na lądzie, wodzie i w powietrzu, o każdej porze dnia i nocy. To budzik natury, który każe nam grzecznie wstawać codziennie w okolicach godziny 4 – 5 rano. Nie …nie można nie wstać …wyobraźcie sobie chór 200 kogutów na raz :).

Wielu Filipińczyków podróżuje ze swoimi „pociechami” wiec nie dziwi nas dźwięczne kukuryku wydobywające się gdzieś spod nóg, z kartonu :).

Duża część z tych kogutów to fighterzy. Walki kogutów to prawie religia w tym kraju. Są one krwawe, głośne, emocjonalne i stoją za tym duże pieniądze. Filipińczycy lubią hazard, stawiają duże sumy i potrafią nawet zastawić i przegrać własne domy…

Więcej informacji znajdziecie na naszym blogu, we wcześniejszym wpisie o Bantayanie. Niestety YT zablokował nasz filmik, gdyż jeden kogutek po przegranej bitwie wyglądał nieciekawie i nadawał się tylko na rosół… :(

A teraz możemy się pomodlić. Oczywiście śpiewająco ! :) Filipiny to w większości kraj katolicki i ich „wydanie” bardzo nam odpowiada. Msze są bardzo radosne, kościoły przystrojone a ludzie wydają się szczerzy w swojej wierze. Modlitwa przed jedzeniem w Polsce jest czymś wstydliwym a tutaj normalna rzecz, nawet w McDonaldzie.

W naszym kraju miejsce Jezusa Chrystusa jest na krzyżu, tutaj jest niemal celebrytą bądź superbohaterem a jego wizerunek zdobi jeepneye oraz ściany budynków.

Hasła „I love Jesus” nikogo tu nie dziwią i nie znaczy że ludzie słuchają radia Maryja…

Odnośnie filipińskiej kuchni itp. to spodziewaliśmy się mnóstwa tropikalnych owoców w bardzo niskich cenach … niestety (może w związku z pora roku, która przypadła na czas naszego pobytu) poza kokosami i bananami to nie bardzo. Generalnie gastronomicznie to takie trzy na szynach :). Zapewne ze względów ekonomicznych, każdy posiłek w „knajpie” składa się z góry ryżu i maluteńkich dodatków, w postaci mięsa i warzyw.

Główne danie o nazwie chicken Adobo to skóra i kości kurczaka podane z ryżem i sosem. Zazwyczaj zamawialiśmy po dwie porcje na osobę :). Przyznajemy się także do popełnienia gastronomicznego grzechu i obżeraniu się w Jollibee (taki filipiński KFC), po paru nieudanych przygodach z streetfoodem :).

A może jak nie kurczak to wieprzowinka ?? Tylko dla fanów słoninki – nawet szaszłyki to kawałki tłuszczu ze skórą (ahh te świńskie włoski) :).

Raz przypadkowo zamówiliśmy naprawdę dobrą wątróbkę…

Jedyne co spowodowało, że nie umarliśmy z głodu to seafood. Można znaleźć tanie i dobre ryby i inne owoce morza.

Po obiadku nie może zabraknąć deseru. Halo halo to nasz mistrz :). Nie raz zamawialiśmy te śmieszne makarony z galaretkami, z jakimiś owocami, fasolą i kruszonym lodem – na upał najlepsze.

Może właśnie powyższe powody pchnęły nas do samodzielnego gotowania :).

Oto kilka potraw, które nie raz przygotowywaliśmy sami i bardzo nam smakowały.

Przepis na zieloną papaję:

Ten przepis dostajemy od Alvina z wyspy Siquijor, a w wykonaniu pomaga nam Lorna. W Polsce raczej tego dania nie przygotujecie, ze względu na niedostępność składników, ale gdybyście byli w Azji … Smakuje wyśmienicie, niczym kurczak z ziemniakami, jak mówi Alvin –zajebioza :)

Składniki:

  • średnia zielona papaja (zerwana za darmo z drzewa)

  • 2 duże cebule

  • 1 czosnek

  • kawałek imbiru

  • 3 papryczki chili

  • sos sojowy

  • pieprz

  • 1 szklanka wody

  • kokos (gratis, prosto z palmy) – opcjonalnie

Sposób przygotowania:

Papaję obieramy i kroimy w kostkę. To samo robimy z cebulą, czosnkiem i chili. Na patelnię, najlepiej woka, dajemy 2 łyżki oleju i podsmażamy cebulę na złoty kolor. Dodajemy czosnek i po chwili starty imbir i chili. Po minucie smażenia wlewamy wodę kokosową i trochę miąższu z kokosa. Następnie wrzucamy papaję. Wszystkie warzywa mieszamy i dodajemy 3 – 4 łyżki sosu sojowego. Dusimy na wolnym ogniu pod przykryciem 30 min, aż papaja będzie miękka.

Papaja to nasz nr 1, gdyż jest super zdrowa i tania (zazwyczaj na darmo, gdyż na Filipinach rośnie dosłownie wszędzie) :). Zieloną używamy jako warzywo a dojrzałą (pomarańczową) jemy prawie codziennie jako owoc. Co ciekawe jest owocem zasadowym i odkwasza organizm. W celach zdrowotnych warto przygotować sobie wywar z młodych liści papai, który działa przeciwnowotworowo i stymulujący na układ odpornościowy.

Przepis na wywar z liści papai

Składniki:

  • młode liście papai (raczej więcej gdyż po zaparzeniu się kurczą)

  • woda

Sposób przygotowania:

Zrywamy kilka średniej wielkości liści z drzewa papai i opłukujemy je pod wodą z kurzu i brudu. Następnie wkładamy je do garnka lub innego naczynia i zalewamy 2 litrami wody. Liście gotujemy i dusimy do momentu aż woda zredukuje się do połowy. Powstały płyn przelewamy do butelki (najlepiej ciemnej, ze szkła) i wstawiamy do lodówki. Pijemy codziennie rano, na czczo ok 1 łyżeczkę, ale nie dłużej niż przez 4 dni.

Kolejne dane to bakłażan – także bardzo popularny na Filipinach

Przepis na bakłażana z jajkiem czyli egg plant

Składniki:

  • bakłażany

  • jajka

Sposób przygotowania:

Bakłażana gotujemy i gdy będzie miękki ściągamy z niego skórkę. Następnie przekrajamy wzdłuż na dwie połowy i maczamy w jajku doprawionym pieprzem i solą. Smażymy z dwóch stron na złocisty kolor.

Przepis na kwiat bananowca

Banana heart, o którym wspominał nam Grochu z wyspy Bantayan. Samodzielnie zdobyliśmy kilka kwiatów bananowca, co zostało okupione niespieralnymi plamami na naszych ubraniach, ale jak mówi klasyk nie bój się plamy na swetrze :).

Składniki:

  • 2 kwiaty bananowca

  • mleczko kokosowe

  • 1 cebula

  • 4 ząbki czosnku

  • sok z limonki

  • oliwa

  • kurkuma

  • pieprz

  • sól

Sposób przygotowania:

Kwiat bananowca obieramy z czerwonych liści aż zostanie nam jasny środek. Pozbywamy się żółtych pręcików (z nich w przyszłości urosną banany i po odpowiednim oczyszczeniu również nadają się do jedzenia). Następnie kwiat kroimy w kostkę i wrzucamy do miski z wodą i wyciśniętym sokiem z limonki, żeby nie zrobił się ciemny. W garnku gotujemy wodę i wrzucamy do niej pokrojony kwiat, szczyptę soli, pieprz i pół łyżeczki kurkumy. Gotujemy do miękkości. Cebulę z czosnkiem również kroimy w kostkę i podsmażamy na patelni. Dorzucamy odsączone wcześniej kwiaty i smażymy jeszcze przez 3-4 minuty. Dodajemy 2-3 łyżki mleka kokosowego i po 2 minutach danie gotowe. Podajemy oczywiście z ryżem.

Człowiek nie wielbłąd i pić musi.

Oprócz upałów, Filipiny przypominają Jamajkę, ze względu na rum. Piją go nie tylko piraci :). Zapewne ze względu na cenę jest bardzo popularny. Z opcji drinkowych króluje to Cuba Libre ponieważ Coca – Cola jest tańsza od wody, limonek tez nie brakuje. Co ciekawe – jeśli nie chcemy płacić kaucji za butelki, normalną rzeczą jest przelanie kolki do plastikowej torebki + słomka i gotowe :).

Może kawy? Kawa na filipinach równa się 3w1. W sklepie ciężko znaleźć normalna kawę i w większości knajpek również dostaniemy rozpuszczalny ulepek.

Aaa i jeszcze jedno … gdybyście potrzebowali skorzystać z toalety to szukajcie Restroom, CR lub Comfort Room – piękna nazwa, choć zazwyczaj te miejsca dalekie są od strefy komfortu :).

Kończąc przygodę z tym krajem trzeba napisać, że było warto. Kraj piękny i ludzie też. Wszystko takie naturalne, proste i przyjazne. Dla nas niekomercyjny charakter, brak wielkich inwestycji i opinia kraju słabo rozwiniętego to plusy. Najważniejsze tutaj to przyroda – jeszcze nie skażona, nie zadeptana i wciąż w wielu miejscach dzika, ciężko dostępna oraz ludzie – szczęśliwi, przyjaźni i zawsze uśmiechnięci.

Opublikowano Filipiny, Podróż | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Nie taka Manila straszna jak ją malują

W Manili zatrzymuje się tylko na chwilkę … a szkoda, wiec wpis nie będzie długi :)

Ponad 11 milionowa Manila jest jednym z największych miast na świecie. Nasz hostel znajduje się w dzielnicy Malate – kiedyś dzielnica artystów, poetów a dziś słynie z nocnego życia, parady Gay Pride i barów. Od razu rzuca się tu w oczy kontrast biedy i bogactwa – wysokie apartamentowce, restauracje a z drugiej strony bezdomni, złodzieje i prostytutki.

Noc spędzamy w klaustrofobicznym pudełku bez okna, o rozmiarach 4×4 … teraz już wiemy jak czują się białe bułeczki przygotowywane na parze. W środku nocy dostrzegamy dodatkowego współlokatora – grubiutkiego la cucaracha :). Nie chcemy już więcej gości więc uszczelniamy drzwi papierem toaletowym, robiąc z pokoju jeszcze większą saunę.

Mieszkańcy Manili okazują się być dla nas niezwykle serdeczni, stąd zupełnie nie rozumiemy negatywnych komentarzy w internecie na temat tego miasta i jego mieszkańców. Gdy chcemy wymienić trochę kasy, do kantoru podwozi nas na skuterze Pan policjant z kolegami (za darmo, w obie strony). Kiedy jadąc jeepneyem okazuje się, że nie mamy drobnych żeby zapłacić za transport na dworzec, prawie wszyscy współpasażerowie chcą za nas zapłacić. Dziewczyna, która funduje nam przejazd, wysiada z nami na naszym przystanku, odprowadza na dworzec autobusowy i prosi kierowcę, żeby poinformował nas kiedy mamy wysiąść.

Generalnie na ulicach dużo policji z długą bronią, a żeby wejść do galerii handlowej trzeba przejść kontrolę osobistą.

Oczywiście są tu też slumsy, gdzie nie należy się wypuszczać wieczorem z zawieszonym na szyi luksusowym aparatem fotograficznym, ale przecież tak samo jest w Warszawie czy Nowym Yorku.

Informacje szczegółowe, dla tych którzy planują się tu wybrać :

  • taxi z lotniska do hostelu – 310 php (taxi meter)
  • nocleg w hostelu Chill Out Guesthouse – cena za pokój 350 php

 

 

Opublikowano Filipiny, Podróż | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Wyspa Bohol – Czekoladowe Wzgórza i słodkie potworki

Późnym wieczorem dopływamy do Tagbilaran – stolicy wyspy Bohol, którą zamieszkuje ponad 1 milion 200 tysięcy mieszkańców. Wychodząc z portu idziemy w prawo w poszukiwaniu noclegu. Na pierwszą noc zostajemy w pierwszym napotkanym hotelu, a następnego dnia przenosimy się do Nisa Travellers.

Bohol jest ładną wyspą i eksploracja skuterem to czysta przyjemność.

Pierwszego dnia jedziemy na Czekoladowe Wzgórza, które zostały zgłoszone do wpisania na listę Dziedzictwa Światowego UNESCO, ale wciąż czekają na decyzję. Droga wiedzie przez, zasadzony w 1962 roku, Man Made Forest. Ogromne mahoniowe drzewa tworzą zielone sklepienie i dają schronienie od lejącego się z nieba żaru. Jedzie się jakby w żywym tunelu. Cały las nie jest co prawda naturalny dla tego rejonu, ale zawsze lepiej sadzić niż wycinać.

Po kilkudziesięciu minutach dojeżdżamy do celu podróży. Czekoladowe Wzgórza swoją nazwę zawdzięczają kolorowi jaki tworzy się na ich wierzchołkach, w okresie pory suchej czyli od lutego do maja. Naprawdę piękny widok – nie chodzi o to jak bardzo przypominają oblane czekoladą wzgórza, ale o ich ilość i piękny krajobraz jaki tworzą. Wzgórz jest około 1500 i średnio mają około 50 metrów wysokość, z czego najwyższe ma 120 metrów.

Wracając z Chocolate Hills zatrzymujemy się przy słynnym bambusowym moście na rzece Sipatan, w prowincji Sevilla. Zawieszony jest na wysokości 25 metrów. Przechodząc na drugą stronę rzeki, po bambusowej plecionce, uginającej się pod każdym krokiem, można się poczuć prawie jak Indiana Jones :)

Eksplorując wyspę znajdujemy jeszcze jeden mostek – nie tak znany jak ten bambusowy, ale również robi wrażenie … jakby miał się zaraz zarwać :)

Kolejną atrakcją jest rejs po rzece Loboc. Zarówno małą łódką jak i pływającą restauracją z filipińskim jedzeniem, muzyką i tańcami regionalnymi.

W drodze powrotnej do hotelu zwiedzamy kościół Santa Monica Parish Church of Alburquerque z 1842 roku. Niestety jest to jeden z nielicznych kościołów na wyspie, który przetrwał trzęsienie ziemi o sile 7,2 w skali Richtera z 2013 roku. :(

Następnego dnia skupiamy się na wodnych atrakcjach :)

Wodospady nie są ogromne i w porze suchej nie tak szerokie i obfite, ale my je lubimy – cudnie masują plecy lub chociaż uszy szumem spadającej wody :). Jeden z nich to malowniczo położony Camogao Falls, do którego dojechać można tylko motocyklem.

Oddalony około 20 km od Tagbilaran, wodospad Mag- Aso jest niższy, ale można w nim się popluskać.

Wyspę Panglao, połączoną z Boholem mostem, objeżdżamy skuterem robiąc przerwy na kilku plażach, chłodząc się w morskiej wodzie. Plażę są malutkie, ale biały piach i turkusowa woda rekompensują wszystko. Nasze ulubione to położone obok siebie Libaong White Beach i Dumaluan Beach.

Odwiedzamy również najbardziej znaną Alona Beach – jednym słowem kurort (sklepy i turysty :). Jak dla nas trochę tłoczno, duszno i parno ;)

Kolejny dzień można nazwać ekstremalnym :). Jedziemy do Danao Adventure Park (92 km od Tagbilaran) gdzie Zipline Suislide, 520 metrów w jedną i 480 metrów w drugą stronę wywołuje niemałą ekscytację. Zjazd liną 100 metrów nad przepaścią, pomiędzy dwoma skałami, nad dżunglą a w dole rzeka – czujesz, że żyjesz albo zaraz zginiesz :)

Do Tagbilaran wracamy późnym wieczorem.

Ostatnim i najmniejszym, biorąc pod uwagę centymetry, powodem dla którego warto odwiedzić wyspę Bohol jest jej uroczy mieszkaniec – Tarsier czyli po polsku wyrak. Ten mały stworek znajduje się na liście istot zagrożonych wyginięciem. Jest jednym z najmniejszych naczelnych na świecie. Można go spotkać również w Indonezji, na wyspie Sulawesi.

Ich cechą charakterystyczną są wielkie oczy – to zwierzęta, których oczy są największe w stosunku do wielkości całego ciała oraz zdolność do obkręcania głową o 180 stopni.

Czy tarsiery są małpami?

Nie, tarsiery są jednymi z najmniejszych ssaków naczelnych na świecie ale należą do bardziej prymitywnej rodziny.

Czym się żywią sie tarsiery?

Głównie owadami, ale nie pogardzą także jaszczurkami i małymi ptakami.

Dlaczego wyglądają jakby spały?

Ponieważ prowadzą nocny tryb życia i w dzień odsypiają zarwane nocki.

Dlaczego tarsiery mogą wyginąć ?

Niestety są na liście istot zagrożonych wyginięciem i w przeciągu 20 lat mogą przejść do historii :(

Między innymi dlatego, że są łapane przez ludzi, służąc za zwierzątka domowe, jednak trauma spowodowana niewolą, światłem, hałasem etc. doprowadza je do śmierci…

Dochodzą także względy biologiczne. Samica rodzi tylko jedno małe rocznie. Te małe brzydalki prowadzą samotny tryb życia i potrzebują co najmniej jeden hektar przestrzeni dla siebie. Nie lubią innych osobników w swoim pobliżu, do tego stopnia ze walczą ze sobą o terytorium … wydaje się to nieprawdopodobne ale potrafią nawet zabić intruza, przegryzając mu szyję. Niestety to samo może spotkać nieatrakcyjne bądź niechętne samice. No cóż, mały ale wariat… :)

Tarsiery spotykamy w Sanktuarium Tarsierów niedaleko miejscowości Corella. Na ich widok, aż się nam mordki cieszą :)

Ostatniego dnia jedziemy do portu, skąd szybką łodzią dostajemy się do Cebu, a stamtąd już tylko 3 godziny lotu i jesteśmy w Kuala Lumpur w Malezji.

Informacje szczegółowe, dla tych którzy planują się tu wybrać :

  • prom LiTE z Larena (Siquijor) do Tagbilaran economy 215 php , standard 270 php + Terminal Fee 17 php/os.; podróż około 4 – 5 godzin
  • pokój w LTS Lodge – 350 php
  • pokój w Nisa Travellers Hotel 600 php – wi-fi i śniadanie w cenie
  • wypożyczenie skutera na 2 dni – 800 php
  • wstęp na Czekoladowe Wzgórza – 100 php
  • wejście na bambusowy most – 10 php
  • rejs po rzece Loboc z posiłkiem – 270 php
  • ZipLine – 350 php /os.
  • wejście do rezerwatu Tarsierów – 25 php/os.
  • trycykl z centrum Tagbilaran do portu – 20 php/os.
  • szybka łódź Ocean Fast Ferries z Tagbilaran do Cebu – 200 php/os. + opłata za bagaż 100 php
  • taxi z portu na lotnisko – 140 php
  • opłata tranzytowa na lotnisku w Cebu – 750 php/os.

 

 

Opublikowano Filipiny, Podróż | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Siquijor – co warto zobaczyć, czego warto doświadczyć

Wyspa Siquijor jest stworzona do eksploracji skuterem. Główna droga dookoła całej wyspy tzw. Highway jest chyba najlepszej jakości na całych Filipinach (to zasługa burmistrza, który ma w rodzinie kogoś z firmy brukarskiej :))

Wypożyczamy skuter na tydzień i codziennie odkrywamy coś ciekawego. Wyspa jest bardzo różnorodna i zielona.

Jeśli macie ochotę zobaczyć piękne wodospady to jest ich tu kilka.

Najbardziej znany to kaskadowy wodospad Cambugahay. Naprawdę przyjemny – można się wykąpać i poskakać do wody. Żeby uniknąć tłumów lepiej przyjechać rano, wtedy można go mieć na wyłączność :)

Kolejnym wartym zobaczenia jest wodospad Cangbangag, o którego istnieniu dowiadujemy się od Alvina. Nie jest łatwo go odnaleźć, gdyż jest schowany w dżungli, wysoko w górach. Dojeżdżamy do pobliskiej wioski, gdzie witają nas prawie wszyscy jej mieszkańcy. Zamiast jednego, mamy czterech przewodników i dwie osoby towarzyszące. Ruszamy czterema skuterami a każdy ucieszony jak na szkolnej wycieczce :). Droga rzeczywiście jest mało oczywista. Parkujemy na wzgórzu, z którego rozciąga się piękny widok na wyspę a później czeka nas 15 minutowy spacer przez dżunglę.

Naszym oczom ukazuje się około 80 metrowa skała i wodospad, który naprawdę wyglądałby niesamowicie gdyby nie pora sucha, czyli bez wody :). Musimy się zadowolić wersją oszczędną.

Wodospad Lugnason pechowo podczas naszego pobytu przechodzi lifting – powiększana jest niecka wodna, zwiększana przepustowość itp. Winowajcą okazuje się być Amerykanin, który przebudowuje to miejsce za swoje prywatne pieniądze i angażuje w swój projekt lokalną społeczność. Więcej o całej akcji dowiecie się ze strony www.Creatingabundanthearts.org.

Oprócz wodospadów, na uwagę zasługuje fish spa, malowniczo położone w cieniu ogromnego ponad 400 letniego drzewa – Century Old Balete Tree. Siadamy maczając nogi w wodzie a rybki zaczynają swoją pracę :)

Na Wyspie, w miejscowości Lazi, znajduje się także jeden z najstarszych kościołów na Filipinach – San Isidro Labrador Parish Church. Budowę skończono w 1884. Kościół jest w stylu barokowym, z kamienną wieżą dzwonniczą. Wnętrze jest bardzo proste i surowe. Budynek domaga się małej renowacji.

Kolejny interesujący kościół odwiedzamy w miejscowości Maria. Sta Maria Church wybudowany w 1880 r z koralowca z charakterystyczną fasadą z zielonego kamienia.

Pomiędzy Siquijorem a Lareną znajduje się Spring Park Guiwanon z lasem namorzynowym.

Z „dziennikarskiego” obowiązku dodamy, że na wyspie jest Butterfly Sanctuary, gdzie możemy zobaczyć parę motylków (raczej dla filomatów).

Mieszkając w End of the World mamy swoją plażę, ale na wyspie jest ich pełno, co ładniejsze niestety zostały wchłonięte przez resorty i są płatne albo zamknięte – my oczywiście na każdą z nich, swoimi sposobami, wchodzimy za free :)

Jedną z nich jest Salagdoong z klifem, gdzie można skakać do wody z wysokości ponad 10 metrów

Jako, że Siquijor słynie z magii, Filipińczycy jako zabobonny naród wierzący w duchy boi się tu przyjeżdżać. My wręcz odwrotnie :). Chcemy zobaczyć jak wygląda wyspa spowita magią i czy w dzisiejszych czasach można spotkać ludzi z magicznymi zdolnościami. Z trudem ale udaje się nam znaleźć szamana, nawet dwóch i jednego uzdrowiciela bulo-bulo.

Od Lorny dowiadujemy się, że szamani i uzdrowiciele mieszkają w górach więc ruszamy naszym skuterkiem w niewiadomym kierunku. Pytamy, szukamy, odwiedzamy różne wioski i nic :(. Trochę tracimy nadzieję więc postanawiamy za free jakimś sposobem wejść do jaskini Cantabon. Przyjazna Pani przewodniczka wyjaśnia nam, że samodzielną eksploracja to nie zbyt trafny pomysł, bo może się ławo zgubić. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że mąż naszej nowej znajomej trochę zna się na uzdrowieniach – co za fart :). Trafiamy do Noela Torremocha, który jest uczniem i jednocześnie zięciem zmarłego w 2007 roku Nong Pedro “Endoy” Tumapon (ojca naszej Pani przewodniczki).

Trochę z niedowierzaniem oglądamy magiczne kamienie i mikstury 40-sto paro letniego, ubranego w dres healera.

Postanawiamy wszystko przemyśleć na spokojnie i jedziemy odwiedzić innego uzdrowiciela z San Antonio, który jest nie do końca profesjonalny :).

Po konsultacji z Lorną i tajemniczą kobietą z bazaru, która też wierzy w magię wracamy do Noela. Jest on przewodniczącym stowarzyszenia Herbalists Association of Siquijor i raz do roku organizuje na wyspie spotkania, w których uczestniczą zielarze z pobliskich wysp. Noel wyznaje zasadę –Nature would always want itself to heali kultywuje leczenie naturalnymi metodami. Zioła zbierane powinny być tylko piątki w okresie od środy popielcowej do Wielkiego Piątku. Prawdziwy uzdrowiciel, ze względu na częsty kontakt z czarną magią musi mieć chroniące go amulety – Noel i jego żona noszą amulety zrobione z magicznego kokosa bez charakterystycznych otworów, po środku którego znajduje się warstwa z ziół i innych magicznych kamieni. Noel dodatkowo ma zaszyte 3 kamienie piorunowe – na bicepsach i na splocie słonecznym … nie pytajcie jak to możliwe ale nie śladu blizn !

Po długiej rozmowie wychodzimy z domu healera z torbą mieszanek różnych odmian imbiru, mieszanką ziół z kwasem mrówkowym z mrówek oraz amuletem :)

Magia Siquijoru na tyle się nam spodobała, że postanawiamy skorzystać z rytuału „bulo-bulo”. Niestety najbardziej znana i doświadczona mistrzyni tej sztuki, Nanah Conchingi już nie żyje od pond roku :(. Noel podaje nam informacje, gdzie możemy odszukać dwoje pozostałych szamanów – jeden akurat jest na Boholu wiec wybieramy się do drugiego.

Musicie wiedzieć, że mistrzem bulo-bulo nie można stać się tak po prostu – jest to swego rodzaju dar, ponieważ zostaje nim tylko ten kto znajdzie magiczny, czarny kamień, działający na zasadzie magnesu.

Rytuał zaczyna się przyłożeniem magicznego kamienia do karku i wrzuceniem go do szklanki z czystą wodą.

Znachor przesuwa szklankę wokół całego ciała, jednocześnie wdmuchując powietrze w bambusową słomkę zanurzoną w wodzie, tworząc poprzez bulgotanie bąble – stąd nazwa bulo – bulo.

Po wszystkim woda staje się brudna i mętna. Healer wymienia wodę i powtarza zabieg aż woda pozostanie bez zanieczyszczeń.

W ten sposób wyciąga z Ciebie chorobę. Cały zabieg trochę śmieszny, za wcześnie aby stwierdzić czy skuteczny. Znachor nie ma cennika, każdy płaci tyle ile uważa za słuszne. Jak to możliwe, że woda stawała się brudna jest dla nas zagadką, ale to tylko jedna z wielu tajemnic jakie skrywa magiczny Siquijor.

Informacje szczegółowe, dla tych którzy planują się tu wybrać :

  • wypożyczenie skutera – 700 php za dzień lub 400 php biorąc na kilka dni
  • wodospad Cambugahay – 5 php za parking
  • przewodnik do wodospadu Cangbangag – litr paliwa do skuterka
  • Century Old Balete Tree – 5 php ale fish spa za darmo J
  • wejście do Spring Park Guiwanon – 10 php/os
  • Butterfly Sanctuary – płacimy 100 php za 2 osoby
  • wejście na plażę Salagdoong – normalna cena to 300 php/od skutera
  • Seans Bulo-Bulo – każdy płaci tyle ile uważa (my zapłaciliśmy 50 php)
  • jaskinia Cantabon – trzeba wziąć przewodnika- 500 php i 100 php za wejście

 

 

 

Opublikowano Filipiny, Podróż | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Siquijor – wyspa magii i uzdrowicieli

Wyspa Siquijor znana jest z magii (białej i czarnej), czarów i uzdrowicieli …nas zaczarowała i oczarowała w 100%.

W stolicy wyspy – miasteczku o nazwie Siquijor – jest kilka sklepików, a w jednym pośród chipsów możecie znaleźć hostie :)

Po dotarciu do portu w Siquijor szukamy transportu do miasteczka San Juan. Pierwsza magia z jaką mamy do czynienia to magiczne 200 peso – tyle śpiewają sobie tutejsze cierpy. Obrażeni idziemy pieszo – a droga tak naprawdę na pieszo nie do przejścia (10 km z ciężkimi plecakami w straszny upał). Po kilku metrach, gdy już inni koledzy taksówkarze nie widzą, zatrzymuje się jeden trycykl i po krótkich negocjacjach dochodzimy do konsensusu – 60 peso ( jak się później okazało przepłaciliśmy nieznacznie).

W San Juan jest uroczo.

W centrum jest publiczny basen oraz rzeka, przy której skupia się życie mieszkańców.

Na obrzeżach wioski znajduje się najpopularniejszy resort na wyspie (Coco Grove Beach Resort) z prywatną plażą

Szukamy taniego noclegu. Mamy upatrzone jedno miejsce – namioty, które niestety z powodu silnego wiatru są niedostępne. W końcu zatrzymujemy się w Casa Miranda – cena niska, pokój wolny, nad samym morzem … wiec gitara. Możliwe, że bywaliśmy w gorszych miejscach ale taka kumulacja minusów to nawet nas, mało wymagających ludzi, zniesmacza. Brak prądu w nocy, brak rano wody, odgłosy buszującego szczura. Po za tym szefowa jakaś taka sobie – może miała gorszy dzień. Postanawiamy szukać czegoś normalniejszego :).

Jest … po drugiej stronie mostu jest miejsce podobne ale zgoła inne a nazywa się End of the World. Wita nas radosna i uśmiechnięta filigranowa filipinka (Lorna). Od razu zjednuje sobie naszą sympatie i bez chwili wahania bierzemy pokój z kuchnią i tarasem na drugim piętrze. Mimo swojej prostoty i niedoskonałości było jednym z lepszych miejsc w jakim dane nam było mieszkać. Frontowa ściana od morza to wielkie wrota, które można otworzyć i zamiast ściany mamy otwartą przestrzeń na taras i bajeczny widok na morze.

Żyjemy jak królowie :). Morze, zachody słońca i kolacje przy drinku z limonką.

Zajadamy się mango, bananami, arbuzami, jackfruitami i kokosami – woda z nich jest mega zdrowa a gwiazdy pudelka wydają grube pieniądze żeby ją kupić … tutaj jest za darmo :).

Mikroelementy i potrzebne do życia minerały czerpiemy z wodorostów Arusip zwanych morskimi winogronami lub zielonym kawiorem. Na deser wsuwamy jeżowce.

Obok „naszego domku” codziennie kupujemy świeże rybki – od merlina przez parrot fish, tuńczyka do milk fish – cena zawsze ta sama ..ryba to ryba, nie ważne czy lepsza czy gorsza :).

Z jednym z mieszkańców End of the World zaznajamiamy się bardziej – 4-5 letni John Paul. Imię nadane zostało mu na cześć Papieża …i na tym kończą się cechy wspólne ze świętymi bo to typowy łobuziak :). Codziennie rano ze zmarszczonym czołem (mina szefa sprawdzającego czy przypadkiem w pracy nie ucinacie sobie drzemki) przychodzi na nasz taras sprawdzić czy już wstaliśmy i czy przypadkiem nie mamy za dużo smakołyków. Trzeba przyznać, że nie ma lekko – jego mama, chcąc zapewnić nam trochę prywatności stawia na tarasie plastikowy płotek. Może kiedyś się sprawdzał, ale teraz sięga Jankowi do pasa i pokonanie go zajmuje mu 2 sekundy. Na pierwszy uśmiech z jego strony musimy „zapracować”. Czwartego dnia dzieje się coś zdumiewającego. JP w swoim „pucharze” przynosi ciastka, siada na hamaku i pokazuje swoje karty do grania. Od tego momentu zaczyna się nasza przyjaźń, czego symbolem jest demontaż płotka w rytm pieśni a mury runą, runą runą … :). Teraz to my jesteśmy obdarowywani a jeśli czymś częstujemy Jasia to Ten dzieli to na nas troje :). W ogóle nie wiemy jak robią to filipińscy rodzice ale tu wszystkie dzieciaki nie płaczą, nie grymaszą, nie są samolubne (dzielą się wszystkim).

Historia Lorny (właścicielki End of the World) to inspiracja na scenariusz filmowy lub materiał na odcinek „Kobieta na końcu świata” M. Wojciechowskiej. Pewnego wieczoru, siedząc razem na plaży, ze łzami w oczach, opowiada swoje całe życie. To przemiła, przepozytywna osoba, pochodząca z bardzo biednej rodziny, która do wszystkiego co ma doszła ciężką pracą. Latem 2012 roku w nocy los okrutnie drwi z naszej bohaterki. Guesthouse staje w płomieniach, a ogień szybko trawi cały dobytek. Co gorsza mąż Lorny ma objawy zawału, a ona nie ma pieniędzy by zapłacić za karetkę. Sytuacja dramatyczna. Na szczęście z pomocą przychodzą goście, którzy akurat tej nocy zatrzymali się w End of the World.

W maju 2015 wciąż widać ślady tej tragedii. Pokoje dla gości są odbudowane, jednak część mieszkalna Lorny wciąż jest tylko prowizoryczna. Niestety zarobione pieniądze nie mogą być inwestowane w budynek, gdyż odkładane są na bilet do USA gdzie mąż Lorny ma przejść operację, ratującą mu życie, dopiero później mogą rozbudowywać swój Koniec Świata.

Lorna naprawdę wielki szacunek, że taka uśmiechnięta osoba, która tyle przeszła a wciąż ma siłę i ogromną zarażającą pozytywną energię.

Siquijor to wyspa jest na tyle magiczna ze ciężko z niej wyjechać. Prom odpływa stąd tylko 3 razy w tygodniu a bilety szybko się rozchodzą. Nie można ich kupić nawet z jednodniowym wyprzedzeniem. W dniu planowanego wyjazdu, jedziemy rano z San Juan do Larena z przesiadką w Siquijor. Po dwóch godzinach stania w tłumie ludzi, Pani z okienka wywiesza kartkę „fully booked”, pakuje swoje rzeczy do torebki i wychodzi do domu a my zostajemy z kwitkiem. Następny prom mamy za 3 dni.

Po powrocie do End of the World dowiadujemy się, że na nasz pokój czeka już parka zniecierpliwionych Filipińczyków, a reszta pokoi jest już zajęta :( (mega pech, bo podczas naszego pobytu byliśmy tu prawie sami). Co robi nasza kochana Lorna – przeprasza nas, jakby to była jej wina, że nie kupiliśmy biletu. Proponuje nam, żebyśmy zostali u niej za darmo pod namiotem, na tarasie obok. Przez kolejne dni mamy świetne miejsce z hamakiem, wi-fi i towarzystwem Johna Paula (nasz magiczny namiot to dla niego super zabawka). Możemy oczywiście do woli korzystać z prywatnej łazienki i kuchni Lorny … i codziennie kuzynka Lorny przygotowuje nam obiad, co wprawia nas w zakłopotanie.

Któregoś popołudnia, przy okazji spaceru, zwabieni głośną muzyką i tłumem ludzi, trafiamy na pewną imprezę. w San Juan odbywa się coroczny zlot rodzinny klanu Gapol – tym razem już 24. Są konkursy –przeciąganie liny itp., catering, muzyka i bijąca miłością atmosfera. W oczy rzuca się nam młody chłopak – Alvin Kardisimivski. Co za zbieg okoliczności … to właśnie jego polecił nam Marcin na Bantayanie jako przewodnika po wyspie :). Alvin mówi trochę po polsku a nawet śpiewa i jest naprawdę dobrym beatboxerem o czym przekonaliśmy się osobiście, podczas wieczornego rodzinnego „Talent Show”. Spędzamy miły wieczór rozmawiając o wyspie, magii, zwyczajach i kuchni.

Zbyt szybko nadchodzi dzień, w którym musimy opuścić Siquijor. Nauczeni doświadczeniem, o 5 rano ruszamy na skuterku do portu. Wykorzystując siłę fizyczna i wzrost wciskamy swoje paszporty w okienko i dostajemy nr 6 – naprawdę dobre miejsce.

Około godziny 11 jesteśmy z powrotem i niestety musimy się żegnać – po polskiej i filipińskiej stronie zaszkliły się oczy. Naprawdę łezka się w oku kręci a my po raz pierwszy opuszczając jakiejś miejsce czujemy wielki smutek. Zarzucamy nasze wielkie plecaki i udaje się do portu skąd płyniemy na wyspę Bohol.

W drugiej części wpisu o wyspie Siquijor opowiemy co warto tu zobaczyć i będzie trochę o czarach :).

Informacje szczegółowe, dla tych którzy planują się tu wybrać :

  • Prom Montenegro z Dumaguette na Siquijor 130 php od osoby + Terminal Fee 15 php/os.
  • jeepney z Siquijor do San Juan – 50 php
  • nocleg w Casa Miranda – 350 php
  • nocleg w Lorna’ End of the World – 400 Php ( telefon do Lorny 0927-3816-377)
  • prom LiTE z Larena do Cebu i Tagbilaran odpływa we wtorek czwartek i niedzielę o 9 rano i o 14 Ceny: economy 340/215 php , standard 350/270 php , z AC 440/430 php, kabina 4 osobowa 640/470 php i kabina 2 osobowa 2135/960 php + Terminal Fee 17 php/os. ( jest tańszy niż prom z Siquijor)

 

 

 

 

Opublikowano Filipiny, Podróż | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 2 komentarze

Oslob – spotkanie z wielką rybą

Czy wiecie jak się nazywa największa ryba? Odpowiedź na to pytanie znajdujemy w Oslob, gdzie zatrzymujemy się w drodze z Bantayan na Siquijor.

Z autobusu wysiadamy późnym wieczorem. Na „przystanku” wita nas sympatyczny gość (jak się okazuje później nie jest to żaden naganiacz ale szef  centrum turystycznego), podaje nam namiary na tani nocleg i przydziela opiekuna. Po zostawieniu „gratów” w guesthousie wychodzimy coś zjeść, opiekun pokazuje nam nocny market a później zawozi skuterkiem do sklepu.

Następnego dnia o 6 rano tym samym skuterem wiezie nas do pobliskiego resortu, gdzie mamy spotkać się rekinem wielorybim – największym przedstawicielem rekinów, który potrafi osiągać nawet 18 metrów i ważyć 20 ton … taki pływający autobus :).

Przed snurkowaniem przechodzimy krótkie szkolenie – utrzymywać dystans 4 metrów, nie karmić, nie dotykać, nawet wchodzenie do wody z nałożoną warstwą filtru przeciwsłonecznego jest zabronione. Rybki są bardzo delikatne i preferują czyste wody tropikalnych i subtropikalnych akwenów. W sytuacji gdy zwierzak będzie płynąć w Twoim kierunku należy nie panikować i się zatrzymać, a 12 metrowy shark wyminie Cię jak pachołek na egzaminie z prawa jazdy.

Nie wiążemy z tym wydarzeniem wielkich nadziei – musimy trzymać się z dala od rybki na 4 metry i cena jakaś taka niska. Po szkoleniu spokojnie wsiadamy na łódkę i płyniemy. W związku z tym, że zorganizowane z nas ludzie, jesteśmy w pierwszej łódce – my dwoje i wioślarz. Oprócz wschodu słońca jako pierwsi mamy zaszczyt zanurzyć się w wodzie.

„Time to swim” mówi z uśmiechem nasz kolega i zatrzymuje się obok innej łódki – zanęty. Wkładamy maski i wskakujemy do wody. To jest jak wejście do innego wymiaru – nagle naszym oczom ukazuję się ogromny stwór, tuż pod nami, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Obok kolejny a trzeci dostojnie sunie w naszym kierunku. Otwierając paszczę na szerokość ponad 1 metra chłonie kilogramy planktonu. Szybko się wynurzamy i patrzymy zdziwieni na naszego wioślarza – jaki on musi mieć ubaw za każdym razem jak przywozi tu chętnych na snurking… każdy oczy w 5 złotych i szczęka po kolana :) „A gdzie dystans 4 metrów, a gdzie zakaz dotykania” – przecież twarze mamy na wysokości paszczy rybki i patrzymy jej w oko. Nie wiadomo czy to bezpieczne, czy shark zaraz Cię nie wciągnie razem ze swoim śniadaniem, czy przepływający pod Tobą drugi kolega nie zawadzi Cię płetwą (a czujesz wir wody), dlaczego ten trzeci płynie wprost na Ciebie, czy nie zostaniesz przygnieciony wielkim cielskiem :). NIESAMOWITE PRZEŻYCIE !

Każda łódka ma pół godziny na integrację z podwodnymi kolegami. Z pewnością lepiej jest być tam rano – rybcie są głodne i bardziej ruchliwe.

Po wszystkim „wow” nie schodzi nam z ust – jest godzina 8 rano a my dopiero zaczynamy analizować co się właśnie wydarzyło :)

Głodni idziemy coś zjeść – pyszne, tanie jedzonko z „garkuchni”. Przechodzimy przez lokalny targ, pełen ryb w różnym wydaniu.

Żeby się dostać do miejscowej plaży trzeba przejść przez wioskę – nikt się na nas krzywo nie patrzy, że wkraczamy na czyjeś podwórko :). Może i jest „biednie” jak na nasze europejskie standardy, ale czuje się tu spokój i szczęście.

Następnego dnia nasuwają się pewne refleksie czy aby na pewno te rekiny są wciąż dziko żyjącymi stworzeniami czy są już tak przyzwyczajone do dokarmiania ze zatraciły swój instynkt. Niestety trochę tak jest, że zamiast unikać ludzi i statków podpływają czekając na pożywienie co niekiedy może zakończyć się okaleczeniem. Druga strona medalu jest taka, że w ośrodkach takich jak Oslob prowadzi się badania, dzięki którym ludzie mogą bardziej poznać, zrozumieć i tym samym pomóc rekinom wielorybim, które są gatunkiem zagrożonym. O wiele większym niebezpieczeństwem niż dokarmianie są komercyjne polowania – w cenie jest mięso i płetwy, dlatego tak ważne jest uświadomienie ludziom, aby nie kupowali takich produktów, przez to ten proceder nie będzie już dla nikogo opłacalny.

Po południu jedziemy autobusem do Sibulan, skąd odpływa nasz prom w kierunku wyspy Siquijor.

Informacje szczegółowe, dla tych którzy planują się tu wybrać :

  • Nocleg w Oslob 600 php
  • snurkowanie z rekinami wielorybimi 1100 php od osoby
  • autobus z Oslob do Sibulan 20 php od osoby
  • prom z Sibulan 62 php od osoby
  • prom Montenegro z Dumaguette na Siquijor 130 php od osoby

 

Opublikowano Filipiny, Podróż | Otagowano , , , , , , , , , , , | 3 komentarze